przy okazji


Link 15.09.2011 :: 20:21 Komentuj (0)

Nie pamiętam kiedy,



Zupełnie przypadkowo, czy z premedytacją,



Zagłodziłem lewiatana,



Lodowate trzewia, puste jamy ciała,



Są bardziej martwe niż przydrożne truchło,



Drążone czerwiem nieludzkie spojrzenie,



Ostatni sygnał, komunikat – jestem.



wychodne


Link 21.11.2010 :: 14:39 Komentuj (2)
nieuczesane myśli miażdżone pod naporem melodii otępiałej,
ciągnące się mozolnie dźwięki, serwowane z wnętrza głowy,
pozbawione chemii spacery nocą, tylko czarne i białe,
saszetki szczęścia na sztuki zapchały znów kuchenny zlew.

za siatką osiedle z wielkiej płyty pogrąża udawany sen,
obserwują cię, wtopieni w żółć nikotynowych firan,
chłód krawężnika przecieka przez znoszony denim,
mrok kryjówki za transformatorem daje ukojenie.





idzie zima


Link 27.09.2010 :: 23:07 Komentuj (0)
nieśmiało potrząsasz złotym tamburynem
zaszczuty naród z pokorą wysłucha
o wielki wodzu, Kim Ir Sena wnuku
w swe drżące dłonie miecz ognisty chwycisz.




Link 18.08.2010 :: 17:33 Komentuj (1)
uchyliła mi nieba córa prywaciarza,
nie doceniłem zupełnie, zaglądając w kieliszek,
dziś patrząc przed siebie, liczę dziury w suficie,
i przegląd sportowy coraz bardziej cieszy.




Link 15.08.2010 :: 09:37 Komentuj (1)
Zużyty od słów, spojrzeń, powietrza, dotyku,
Przykuty do krzesła rynsztokowej sali,
Zmrożona woda i krew pomiędzy palce wpływa,
Kurczowo skrywana w dłoniach tajemnica.




Link 08.08.2010 :: 15:37 Komentuj (2)
dwadzieścia osiem lat żył, by stać się kurwą,
drugie tyle roztrwoni w poszukiwaniu świata,
nie mów do mnie, nie jestem już nim,
brak zaproszenia na niedzielny obiad.




Link 13.06.2010 :: 11:08 Komentuj (0)
życie puste jak wydmuszka stoczyło się ze schodów. suchy stukot rozpadającej się struktury, rozszedł się w przestrzeni bez większego echa. zadeptane krawężniki wyznaczają drogę do snu. zmoczone ciężkim czerwcowym deszczem nabierają barw nocy. i ten szary ptak, czekający zupełnie bez powodu w oknie. któregoś dnia zniknie, a ja dalej nie zrozumiem wolności, pielęgnując swój świat za szybą.


Niedziela


Link 06.06.2010 :: 18:45 Komentuj (0)

Oczy czerwone, polepione i nienaturalnie ciepłe. Paraliż ust, odrętwienie języka, wyciszone krążenie, powodujące zanik obkurczonych żył. Ciało poza nawiasem nie stanowi problemu, leżąc grzecznie w oczekiwaniu na swoją kolej. Wysuszona słońcem plastelina, twarda, obrzydliwie jednolita w swoim przekroju, stanowi jedyny budulec niedzielnego pacjenta. Niepokój, lęk i paranoja. Wielokrotnie zgwałcony świstek papieru, starający się wyrwać z kurczowo zaciśniętej dłoni, straszy wspomnieniem wczorajszej nocy. Papierosy złotych dwanaście i trzy razy wiśniowy sen. Potrzebuję snu bardziej niż kiedykolwiek. Posmak kruszonego szkła rozchodzi się miarowo po bezlitośnie zoranym podniebieniu. Przesuszone usta sypią się wielkimi płatami. Szeleszczą między stosami rozsypanych po podłodze ubrań, targane niewidzialną siłą wieczornego przeciągu. Uchylone okna chłoną opowieści barbarzyńców, gromadzących się wokół ognia aluminiowego grilla. Złotych trzydzieści pięć, brykiet gratis. Waga zbyt ciężka by postawić mnie do pionu. Wbity w materac czekam, aż potwór ścinający świadomość w bezkształtną papkę, opuści więzienie ciała bez otwierania żył. Kupić spokój, by odszukać sens kolejnych godzin. Dwa kwadranse to będzie jakieś siedemdziesiąt pięć. Brak pokrycia na karcie objawia się ostrym bólem skroni. Kręgosłup wygina się gwałtownie, opleciony stalową nicią pełniącą rolę rdzenia. Zastygam, przyciągając kolana do brody.
Dzień święty święcić.





Myślałem, że spadłem


Link 14.10.2009 :: 10:02 Komentuj (4)
Poranna szklanka wody odbija się czkawką nieprzespanej nocy. Ćwierć-sen nie był powodem dla którego podjąłbym wyczerpującą walkę z buszującymi po parapecie zielonym goblinem. Który to już raz? Pytanie to sprawia, że nawet się uśmiecham. Za oknem bloki, wywołujące we mnie nieprzyjemne reminiscencje, zapakowane w śnieżno-biały celofan, stopniowo znikają z pola widzenia. Podszedłem bliżej, witając się z niewyraźnym facetem, odbijającym się w zaszronionej szybie. Wszystko na zewnątrz stawało się jednolite, czyste, pozbawione jakichkolwiek podtekstów. Woda, rozpływając się po ciele, wzmagała uczucie zimna, rozpuszczając jednocześnie gorycz będąca przyczynkiem bólu. Sąsiadka wyprowadzała psa, zostawiając za sobą masę czarnych, nieregularnych śladów, odbitych krótkotrwale w śniegu, zupełnie jak usta pozostawione przez wczorajszego gościa na szybie balkonowych drzwi. Przesunąłem palcem między wargami rozsmarowując jeszcze ciepły osad szminki. Kreśliłem koła, kwadraty, ósemki, zostawiając po sobie pokręcone mazy. Dobrze, że spadł już śnieg...


Wychodzisz przed szesnastą, nie obchodzi cię nic, nic szczególnego


Link 13.10.2009 :: 18:05 Komentuj (1)
Bez żadnego ostrzeżenia grobowa cisza bezczelnie wtargnęła kuchennym oknem, zmącona jedynie ciężkim oddechem niedoszłego denata. Ospały pomarańcz ledwo żarzącej żarówki, oblepiał otaczające mnie przedmioty, tworząc tak dobrze znaną architekturę samotności. Obraz wiszący tuż nad głową otrzymał nowe barwy, które nie wiedzieć czemu spłynęły po ścianie, szczelnie pokrywając posadzkę, falując hipnotycznie w rytm rozproszonych myśli. Podkuliłem nogi, gdyż taka forma obcowania ze sztuką, mogła być nie tyle niebezpieczna, co zabójcza dla osoby o tak wysokim wskaźniku upadku. Kran, który miałem naprawić jakiś czas temu, wciąż cieknął. Krople wody rozbijające się o metal, podobny w swej strukturze do metalu prosektoryjnego stołu, unosiły się lekkim, aczkolwiek słyszalnym echem po wszystkich zakamarkach  mrocznego pomieszczenia. Ten mało istotny fakt stał się punktem odniesienia. Pozwolił mi wierzyć, że nie odjechałem za daleko i tym razem.  Próbowałem krzyczeć, wyrzucić z siebie cały ten lęk, ale wyjałowione gardło odmówiło posłuszeństwa. W towarzystwie Piha i Pilcha, spijałem resztki rozlanego po blacie rumu, zapisując na dłoni wspomnienia, podrzucane przez nisko przelatujące nad głową jaskółki. To nie alkohol stał się przyczyną mojego opętania, wyszeptałem do siebie skrywając twarz w kościstych dłoniach. Pot spływający z czoła niknął w podziurawionej trądem skórze i szczelinach pomiędzy nabrzmiałymi żyłami, zdającym się wychodzić na zewnątrz bladego ciała. Spojrzałem na zegar. Nie minęła minuta. Kawałek ust trącony palcem odkleił się od twarzy, upadając wprost do bryi mieszających się pode mną barw. Straciłem smak, niedługo potem powonienie, przyszedł czas na słowa. Jestem tylko szczurem, skazanym na przetrwanie, podkulającym ogon w każdym krytycznym momencie. Zamknięty w klatce drugiego piętra, egzystuje z dnia na dzień, karmiąc serce zasobami sieci...


Poranek z perspektywy szarej kanapy


Link 04.10.2009 :: 11:12 Komentuj (1)
Układam się wygodnie z trudem unosząc powieki, oblepione pajęczyną nieprzespanej nocy. Wpatruję się w ciemną sylwetkę wyraźnie kontrastującą z białym tłem, rozlewającym się jak mleko po brązowych ścianach. Szepczesz pod nosem słowa, które słyszałem już nie jeden raz. Trąbka w radio, zapach cynamonu, mielonej kawy, na szybach październikowy błękit. Drażnisz otępiałe bezsennością zmysły, nadając unikalnego smaku kolejnym akordom czasu. Staję się starym, niedołężnym umysłowo ramolem, skorym do porannych wzruszeń. Kiedy rozgrzane palce suną po chropowatej powierzchni klawiatury, pytasz co na świecie. Świat się skończył! Potakujesz głową. Odrywasz drobną piętę od posadzki, naprężając smukłą, błyszczącą łydkę. Opierasz kolano o drugą nogę, przesuwając wyzywająco dłonią po pośladkach, wciąż mówisz do siebie. Nie wytrzymuję napięcia. Wlepiam wzrok w ekran, starając się zamknąć chwilę w kilku nieskomplikowanych wyrazach. Odklejam od twarzy twoje długie, czarne włosy, które godzinami nawijałem na palec, starając się powstrzymać euforyczny słowotok, wypływający wprost z pękniętego jabłka. Delikatnie szeleszcząc narzuconą na ramiona koszulą, pobudzasz uśpioną ciekawość. Odwracasz się z niespotykaną gracją, wbijając we mnie świeże spojrzenie. Tydzień temu miałaś zupełnie inną twarz. Korowód imitacji jest ceną szczęścia.


Skąd mi wiadomo, że szperałaś w moim biurku


Link 01.10.2009 :: 18:07 Komentuj (2)
Dzisiejszego dnia w godzinach wczesno-popołudniowych, kiedy hałaśliwy tłum przetaczał się pod oknem w tę i z powrotem, fascynując różnorodnością kolorów i form, odebrałem telefon, kreśląc palcem kółka na zabrudzonej szybie. Zdecydowanie nie powinienem usłyszeć hipnotycznego sygnału, przeciskającego się do uszu w plątaninie innych, pogubionych dźwięków. Próbowałem spojrzeć w innym kierunku lub zająć się sprawą niecierpiącą zwłoki, lecz kolejne sygnały prowokowały zupełnie niemęską, jak na ten moment ciekawość. Odebrałem. Żuchwa zdawała się rozsadzać wilgotną skórę twarzy, stymulowana agresywnym szczękościskiem. Zatopiłem się w fotelu, przyjmując na korpus celnie wyprowadzane ciosy. Błyskawicznie odłożyłem słuchawkę wypowiadając bezpłciowe "cześć". Na zewnątrz bez zmian. Każdy podążał w jasno określonym kierunku, dając do zrozumienia, że czas nie zatrzymał się w miejscu.
Dzisiejszego dnia zabiłem demona. Z trudem wepchnąłem go do pudełka po zapałkach, które nie wiedzieć czemu, kilka dni temu pojawiło się w mojej szufladzie. Bezszelestnie odsunąłem się od biurka, upewniając się czy nie jestem obserwowany, po czym wepchnąłem cenne trofeum do kieszeni. Wychodząc na korytarz liczyłem na to, że obudzę się w swoim łóżku. Chłód niesiony wiatrem mozolnie porządkował procesy myślowe. Słowa o słabości, sukach i łamaniu serca nabierały odpowiedniej ostrości. Lata pragnień, wyobrażeń, wizji rozsypały się, dotknięte spragnionymi szczęścia ustami. Powinienem usiąść i nakreślić plan na kolejne dni, uporządkować wszechobecny chaos, pogrążyć się w smutku. Machnąłem ręką, ruszając na spotkanie z tym, co czai się tuż za rogiem.



słowa z konserwy


Link 26.09.2009 :: 10:28 Komentuj (0)
Powykręcane gałęzie wyrastają z moich ust. Ciężkie dłonie i stopy zapuszczają korzenie, wbijając się wgłąb fabrycznego betonu. Pył niesiony wiatrem lepi się do twarzy, tworząc regularne zacieki, wymieszany się ze spływającym po skroniach potem. Odnajduję spokój, zamknięty w nienaturalnej formie, wtopiony w industrialny krajobraz. Dobrze pamiętam deszczową jesień przesyconą zapachem samotności, znamiona sieci wypalone w spojrzeniu czerwonym od wpatrywania się w monitor i metaliczny posmak krwi spływającej do ust z rozbitej wargi. Słowa uwalniane ze świeżo otwartej konserwy, okrutnie kastrowane o poszarpaną krawędź wieczka, trafiały wprost na wypisko. Natrętne poszukiwania zabiły samozachowawczy instynkt. Zupełnie świadomie przyjąłem pigułkę, popijając dużą ilością wody zgodnie z zaleceniami dyplomowanego speca. Miałem być drzewem pod którym banda ludzi urządza niedzielny piknik, miałem być drzewem z obrazu.


Telefony, których ciąg dalszy przerywa sen


Link 20.09.2009 :: 13:29 Komentuj (1)
Rozmawiałem z tobą, kiedy jeszcze promienie słoneczne rozświetlały nierównomiernie pomalowane ściany mieszkania. Sprzedawałeś mi informacje z pierwszej ręki, przygotowując się do wieczoru bezlitośnie rozpuszczonego gdzieś pomiędzy kostkami lodu, a chłodną powierzchnią szklanki. Lubię, nie ukrywam, że lubię bardzo te dziwnie wypowiadane słowa, jakby miały być tymi z ostatnich, te same spojrzenia, papierosy. Wychodzisz, ja zostaję, bo czuję że ostatnio coś przykleiło mi się do głowy. Obcinam paznokcie, popijam wino, zapisane kartki składam w samoloty, rzucam z balkonu, czekam. Ten film, który oglądałem wczoraj był zupełnie inny o tych, które oglądaliśmy będąc jeszcze szczęśliwi. Nie uważam że gorszy, bo w tym przypadku byliśmy nad wyraz zgodni. Wyblakłe barwy miasta permanentnie wypełniły miejsce, w którym biło kiedyś  serce. Wytrącony ze snu szukam po omacku telefonu. Mówisz do mnie o tym co widzisz w tej chwili. Nie wierzę...


Errata czy coś takiego, może sprostowanie


Link 24.12.2008 :: 13:16 Komentuj (0)
Szukając po omacku oklejonej ciemnością dziurki od klucza, przesunąłem dłonią po niepasującej do drewnianych drzwi fakturze. Wróciłem cztery kroki by zapalić światło, które gaśnie zawsze gdy wychodzę na piętro. Odwróciłem głowę. Oczom ukazała się przybita do drzwi lista, spływająca po czerwonych drzwiach do samej wycieraczki. Chociaż sytuacja zdawała się dosyć osobliwa, pomyślałem że to tylko sąsiedzki manifest w stylu gorzkich żali współmieszkańców znajomej, terroryzującej papierosowym dymem ich wyczulone nozdrza i zadbane płuca, co najmniej kilka pokoleń naprzód. Zapewne moje codzienne czynności, przyzwyczajenia i zachowania stoją na bakier z ustanowionym przez wspólnotę prawem. Zerwałem papier z drzwi i wszedłem do mieszkania. Ściągając w chodzie buty spojrzałem na nagłówek. Zatrzymałem się. GAMONIE...




Księga

patrz// dodaj

Archiwum

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień

Linki

Dizajn

made baj karolajna
4 punx-not-ded
pic usual-album